|
Drodzy Internauci. Pikusia ma dom dzięki wspaniałym ratowniczkom!! na dole zdjęcia z nowego domu
Szczegółowe badania lekarskie wykazały to, czego nie dało się zdiagnozować w schronisku - ogólne zakażenie organizmu, graniczące z sepsą... Weterynarz dawał suni 15% szans na przeżycie.... ![]() ![]()
Dużo by pisać....Leki, wspaniała opieka i ....miłość sprawiły, że Pikusia zaczęła wracać do świata żywych. ![]()
Fundacja Canis et Felis szuka dla niej domu, w którym będzie kochana i który nigdy jej nie porzuci. ![]()
Jeśli ktoś z Państwa chce jej pomóc, proszę o telefon: 0661 955880 lub maila: malgorzata.prokopowicz@fcef.pl , monika.preibisz@fcef.pl ![]()
Nasz tekst: ![]() Dzięki zaangażowaniu wspaniałych osób wspaniała Pikusia ma wymarzony dom! Na dogomanii GoniaP napisała: "Właśnie wróciłyśmy, zostawiwszy Pikusię w nowym domu. Psinko kochana, bądź bardzo szczęśliwa!!! Nigdy nie było mi tak ciężko kiedy oddawałam psy do wspaniałych domów, jak ten Pikusia to dla mnie ten pierwszy, i jedyny, jak dotąd, "przypadek" kiedy serce mi się właśnie rozpadło na kawałki." Poniżej zdjęcia Pikusi z jej, własnego już, domu. ![]() ![]() ![]() ![]() Historia trzydziesta trzecia(29.08.07) - od Marty : MEGI
Była wczesna jesień. Pojechałam z mężem do schroniska dla zwierząt w Szczecinie. Spędziliśmy w nim ponad godzinę, chodząc od boksu do boksu. Ręce, którymi wciąż głaskałam psie łebki miałam wylizany aż po łokcie, serce wielkie i trudny wybór do dokonania. Myśleliśmy, że to my wybierzemy jakiegoś pieska, a tymczasem to on wybrał nas, a właściwie ona- suczka Megi. Przebywała w odosobnionym boksie na tyłach schroniska, ponieważ kilka dni temu miała przeprowadzoną sterylizację. Megi nie szczekała, nie skomlała, nie narzucała się. Ona po prostu stała za kratami i wlepiła w nas swoje wielkie, czarne oczy. Wyciągnęła łapę, jakby chciała się z nami przywitać. A potem przycisnęła całe swoje niewielkie, wychudzone ciałko do krat i z zadowolenia przymykała oczy, kiedy ją głaskaliśmy. Megi była skrajnie wychudzona, co widać na zdjęciu. Znajdowała się w schronisku około miesiąca czasu i myślę, że gdyby została tam odrobinę dłużej po prostu umarłaby z głodu ("brawa" dla pracowników szczecińskiego schroniska...).
Odkąd zobaczyliśmy Megi było oczywiste, że to właśnie psiak, którego szukamy. Początki były trudne. Megi ma bardzo delikatny żołądek, bardzo długo miała rozwolnienie po wszystkim, co zjadła. Była tak osłabiona, że nie mogliśmy wychodzić z nią na długie spacery, bo nie miałaby siły wrócić. Była skrajnie wychudzona i długo nie mogła zrozumieć, że już nie musi walczyć o jedzenie, że po prostu je dostanie. Zdarzały się sytuacje, kiedy pod naszą nieobecność zabierała i zjadała cały bochenek suchego chleba... Jest też bardzo agresywna w stosunku do innych zwierząt. Z reguły od razu rzuca się na nie do ataku- być może sama kiedyś była atakowana, więc od razu się broni. Megi jest już z nami 9 miesięcy. Teraz to silny, wesoły i duży pies. Uwielbia biegać za patykiem, brodzić w wodzie, biegać, a najbardziej ze wszystkiego uwielbia się przytulać. Każdego dnia okazuje nam swoją wdzięczność. Kiedy jestem smutna, wpycha swój duży, czarny nos pod rękę, patrzy w oczy i nie sposób wtedy się nie uśmiechnąć. Megi stała się niezastąpionym członkiem naszej rodziny. Bardzo o nią dbamy, a ona potrafi odwdzięczyć się za to. Czasem tylko przechodzą mnie ciarki na myśl o tym, że mogła po prostu umrzeć zaniedbana i zagłodzona przez schronisko i ludzi, którzy zapominają, że ich zadaniem jest niesienie pomocy, a nie pomaganie w umieraniu... Dzięki nam Megi stała się innym psem, co najlepiej oddają zdjęcia. Pozdrawiam wszystkich miłośników psów i cieszę się, że mogłam podzielić się z Wami historią Megi. ![]() Historia trzydziesta druga(10.07.07) - od Ilony : DOZER
Witam. Chciałam opowiedzieć o historii która mi się przytrafiła. 3 lata temu zdechł mój przyjaciel Asan. Był to przecudowny piesek, którego bardzo kochałam i który bardzo kochał mnie. Zawsze jak miałam jakiś problem lub gdy było mi źle szłam do niego i mu o wszystkim opowiadałam, nawet przy nim płakałam i to nieraz. Wtedy on lizał mnie po twarzy i przewracał na ziemie żebym się uśmiechneła:) Mógł godzinami słuchać moich opowieści i cały czas patrzył się na mnie, on zabrał ze sobą wszystkie moje tajemnice o których nikomu nie mówiłam. Ale niestety nadszedł taki czas że Asanek zachorował na wątrobe i już nie było dla niego ratunku:(:( w pierwszy dzien zimy odszedł;(;(;( byłam załamana, nie chciałam z nikim rozmawiać, po prostu wpadłam w depresje. Mimo że byłam wtedy stosunkowo 'mała' to wiedziałam ze straciłam go na zawsze i wtedy moje cierpienie pogłebiało sie. Po dwóch miesiącach po stracie Asanka powoli dochodziłam do siebie. Pewnie niektórym wyda się to głupie, pomyślą sobie ile można dochodzia do siebie po stracie psa??? Ale on dla mnie nie był tylko psem, był moim przyjacielem. Ja kocham zwierzeta i nie traktuje ich jak zwierzeta tylko właśnie jak przyjaciół. Nie moge patrzeć na cierpienie zwierząt bo to mnie dobija. Ale wróćmy do tematu. No wiec mineło pół roku i postanowiłam że chce mieć drugiego przyjaciela. Pojechałam z rodziną do schroniska w Krakowie. Gdy weszłam do środka i zobaczyłam te wszystkie psiaki chciałam je wszystkie zabrać, ale niestety nie mogłam:( W pewnym momencie zobaczyłam malutki, czarny pyszczek wychylający się z pomiedzy krat. Podeszłam i zobaczyłam prześliczną suczke, która bardzo cieszyła się że ktoś do niej przyszedł. W boksie była też jej mama i siostra. Od razu pokochałam to malenstwo. Była takim ruchliwym psiakiem, że od razu chciałam ją zabrać!! Rodzina zgodziła się abym ją wzieła. Wiec niedługo po tym Pani wzieła ją z boksu i dała mi ją na rece. Początkowo troche się bała, ale przyzwyczaiła sie. Gdy ją wynosiłam ona patrzyła w strone swojej mamy i siostry. One też za nią wyglądały i były strasznie smutne, chciało mi się płakać jak widziałam ich smutne mordki:(:( Musieliśmy dać naszą nową psiapsiółe na badania. Gdy było po wszystkim pojechaliśmy do domu. Tam Sonusia (bo tak po konferencji ją nazwaliśmy) szybko się zadomowiła. Biegała, brykała jak mały zajączek tyle tylko że bała się trawy;) Jak się ją dawało na trawe to odskakiwała na beton:/ no ale z czasem się przyzwyczaiła. (Teraz nie widzi świata poza trawą cały czas się bawi na niej:) ) Teraz Soneczka ma 3 latka i jest szcześliwym psiakiem. Jest bardzo duża, ma lśniącą sierść. Jest KOCHANA!! Ale strasznie boi się burzy:/ Na razie nie da się z nią tak rozmawiać jak z Asankiem bo myśli tylko o zabawie:P Ale mam nadzieje że kiedyś bede mogła z nią rozmawiać godzinami:):) Historia trzydziesta (25.11.06) - od Elżbiety : NUNA Moja historia będzie pewnie podobna do wielu, które czytałam na Państwa stronie, a mimo to chcę ją napisać, ponieważ mimo podobieństwa do innych niedoli to przecież historia mojej kotki, która jest dla mnie jedyna w swoim kocim rodzaju. Przez 11 lat w moim domu była suczka wielorasowa, Norka. Jednak w wyniku ciężkiej choroby i jej cierpienia musiałam ją uśpić. Ból i pustka, którą przynosi odejście długoletniego towarzysza jakim była sprawił, że jakiś czas w moim domu nie było innego zwierzęcia i gdyby nie przypadek pewnie długo by nie było. A przypadek właśnie zrządził, że w moim domu znalazła się Nuna, czarna kotka. Oto jej historia: pracuję w szpitalu, gdzie w tunelach żyje wiele bezdomnych, bezpańskich kotów, które jakoś sobie radzą w trudnych warunkach szpitalnych tuneli. Głód, bród, jak inne czyhające niebezpieczeństwa w postaci szczurów, ludzi, czy innych kotów dają się we znaki szczególnie kociakom przychodzącym tam na świat, które w wyniku niedożywienia i brudu chorują i nie dożywają wieku dorosłego. Chodząc korytarzami widuje się koty, które zwykle płoszą się na widok ludzi. I tak, któregoś dnia zwrócił moją uwagę kociak, który wcale nie uciekał, wręcz przeciwnie lgnął do ludzi, był ufny, przymilał się, jakby prosił o odrobinę serca, uwagi, jedzenia. Choć był żywym kociakiem, skorym do zabawy jego wygląd ogólny mówił o wątpliwej kondycji zdrowotnej i ciężkim kocim dzieciństwie. Schodziłam do niego co dzień, aż po jakimś czasie zapadła decyzja: nie zostaniesz tu dłużej, zabieram cię do domu. Moja mama stwierdziła, że "czegoś" tak brzydkiego to jeszcze w życiu nie widziała. W pierwszej kolejności wizyta u weterynarza, który orzekł, że to obraz nędzy i rozpaczy, skąd ja go wzięłam? Chory.
Grzybica na uszach i łapach (zakaz kąpieli), stan oczu zły ? pozostałości po kocim katarze, łupież wątrobowy, opuchlizna
głodowa brzuszka i ułamany kieł.I tak zaczęło się wielotygodniowe leczenie mojej znajdy. Lekarze specjaliści "dobrego serca" z naszego szpitala poza godzinami pracy udzielali mi porad lekarskich; dermatolog leczył grzybicę, okulista oczka. Łupież, gdy kociak zaczął jeść (a to nie stało się od razu) znikł sam. Pod względem czystości, nigdy nie było problemów. Od początku kotek załatwiał swoje potrzeby tam gdzie powinien, czyli do kuwety. Teraz Nuna, bo tak ma na imię moja kicia, ma 7 lat, jest piękną, wysterylizowaną kotką o jedwabistej, czarnej sierści i po jej smutnym dzieciństwie i chorobie przypomina tylko "zamglona" rogówka na oku, pozostałość po chorobie, reszta jest tylko wspomnieniem. Nigdy nie żałowałam swojej decyzji i cieszę się że ją mam. Choć nie jest typem kota pupila-przytulanki, gdzieś w niej nadal jest dzikość, dzięki której pewnie przetrwała swoje kocie dzieciństwo, mimo to wniosła wiele radości do naszego domu. pozdrawiam ludzi dobrego serca, Elżbieta z Krakowa. Historia dwudziesta dziewiąta (27.10.06) - od Śmiałej : MIKI Natchniona opublikowanymi przez Państwa historiami postanowiłam opisać w pigułce 6 miesięcy z życia Mikiego. 12 kwietnia wracałam z mężem późnym popołudniem do domu (mieszkam w Krakowie). Spostrzegłam siedzącego na poboczu małego białego pieska, sprawiał wrażenie zagubionego, przerażonego zwierzaka. Siedział przyklejony do ściany bloku z położonymi po sobie uszkami. Podeszłam dałam się obwąchać i pogłaskałam po główce, a Miki bez zaproszenia po prostu poszedł za nami do domu. Na początku myślałam, że to suczka w ciąży - był przeraźliwie gruby. Myśleliśmy, że się zgubił- rozwiesiliśmy w okolicy plakaty z jego podobizną, pytaliśmy okolicznych mieszkańców : z nadzieją, że może go ktoś rozpozna. Daliśmy ogłoszenia do gazet, do TOZu, pojechałam nawet do schroniska z jednym plakatem zapytać czy ktoś nie szukał takiego pieska. Bez odzewu. Nikt go nie szukał, a minęło już 6 miesięcy. Obiecałam psu jedno: żadnego schroniska nie będzie oglądał jako pensjonariusz. Po jakimś czasie tak się ze sobą zżyliśmy, że podświadomie nie chciałam, żeby ktoś Małego adoptował.W trakcie spacerów co parę kroków chwytał to mnie, to męża przednimi łapkami za nogi, tak jakby prosił: nie zostawiajcie mnie! Do tej pory bardziej się cieszy jak wraca ze spaceru niż jak na niego idzie. W domu non stop, przy każdej możliwej okazji wskakiwał na kolana i lizał po twarzy. Do tej pory boi się wszelakich kijków, lasek, parasoli i pewnego typu mężczyzn. Za to jak widzi typ niskiego, starszego mężczyzny z siwymi włosami to reakcja jest przeciwna- histerycznie się cieszy, ale niestety szybo się przekonuje, że to nie ten... Jego pierwszy właściciel zapewne nie był w stanie psem się opiekować dalej a rodzina nie chciała. Podejrzewamy z mężem, że pies został wyrzucony z samochodu: do tej pory kuleje- ma uszkodzony nerw, bliznę na łapce. I jak się okazało ma świetną orientacje w terenie, potrafi np. spod oddalonego o kilkaset metrów sklepu sam wrócić do domu, wie która klatka, który blok. Więc gdyby znał okolicę to wróciłby do swojego domu rodzinnego. Kiedyś zostawiłam Małego przed sklepem na 5 minut- element treningu zostawania samemu- wracam po kilku minutach i psa nie ma. Ja łzy w oczach i panika- szukam go po okolicy i nic. Smyczy w miejscu w którym psa zostawiłam nie ma, nikt takiego psa nie pamięta. Po mniej więcej godzinie szukania poddałam się myśląc: skoro nie ma smyczy to może znalazł inny dom. Pamiętam stałam w kuchni nad cebulą (jeszcze nie obraną) i ryczałam- dodatkowo mąż nie krył radości, że problem zniknął. Skończyłam z cebulą, zaczęłam przyprawiać mięso na gulasz- łzami, gdy nagle słyszę znajomy szczek, bardzo niecierpliwy szczek ( no złaź po mnie ty głupia babo!). No to lecę na balkon, wychylam się, a na dole z zadartym łbem stoi moja Krupeczka. Bez obroży, smyczy...pewnie się komuś wyrwał... i wrócił do domu. Szczęścia tamtej chwili nie da się opisać: ja ryczałam a Mały piszcząc z radości lizał mnie po twarzy. Pierwsze tygodnie były ciężkie- nie chciał zostać w domu sam nawet na minutkę- zjadł całą tapicerkę drzwi aż do blachy. Mąż był przeciwny zostawieniu psa w domu- ja powiedziałam, że psa do schroniska nie oddam- tam już jest wystarczająco dużo psiego nieszczęścia. Szukałam dla niego domu. Nie chciałam dać za wygraną. I prawie się udało: miał mieć dom z ogrodem, jednakże w ostatniej chwili potencjalna nowa opiekunka zdecydowała, że weźmie psa ze schroniska. Efekty długiej i żmudnej pracy z Mikim są: zostaje już na kilka godzin spokojnie w domu. Na wszelki wypadek nie naprawiłam jeszcze tapicerki drzwi. Miki to młody pies, w momencie kiedy go znalazłam nie miał jeszcze półtora roku (tak ocenił weterynarz) miał sporą nadwagę
i mnóstwo pcheł. Był smutnym pieskiem. Na dzień dzisiejszy jest zdecydowanie szczuplejszy (jada bardzo dobra karmę, ma
duuuuużo ruchu). Nie dostaje żadnych słodyczy – o co ma do mnie pretensje ewidentne. Jest uzależniony od mleka. Jak tylko zwęszy swoim nochalem to „nie ma przeproś”, nie odpuści póki mu nie naleję do miseczki. Potrafi wyć i szczekać histerycznie jeżeli go chcę zignorować. Uwielbia wędzoną rybę, sery pleśniowe i włoskie orzechy. Na trawienie jada od czasu do czasu kawałek jabłka. No i trawa, tak- bez trawy mój pies nie jest w stanie żyć, nie wiem co będzie w zimie. On ją po prostu lubi chrupać, normalnie musi mu smakować bo przecież w takich ilościach chciałby ją spożywać, że nie ma mowy tylko o funkcji „trawiennej”. Mój ojciec mówi, że to taki specjalny gatunek krówki- szwajcarki (Mały jest biały w łatki jasnobrązowe), Miki potrafi się paś jak krówka na łące. Nie znał wcześniej psich smakołyków (nagród), zakochał się w wędzonych kościach i uszach. Ze swoim głównym posiłkiem czeka aż całe stado będzie razem (czyli on, ja i mój mąż) wcześniej nie tknie michy. Nierzadko zakopuje sobie smakołyki w kocyku- na później. śpi teoretycznie w swoim kojcu, zwanym balią, a kończy z nami w łóżku. Lubi spać na fotelu u Teściów, gdzie tylko czasem wystawia głowę jak peryskop (w lewo i prawo kręcąc)żeby skontrolować czy Vigo – wilczur Teściów- nie zbliża się za blisko. Uwielbia spać na grzbiecie, przez co pokazuje swój piegowaty brzuszek. Często coś mu się śni, często chrapie. Uwielbia zabawę. Na spacerze dużo biega to za piłką, to za patyczkiem, to za Vigo, który z kolei traktuje Mikiego jak zabawkę i czeka kiedy rzucę Małym. Ma specjalny sznurek do przeciągania, którym zaczepia domowników, bierze go w pysk podchodzi do człowieka i macha nim pomrukując, zachęcając do wspólnej zabawy. Kocha kąpiele- nie ważne czy to jezioro, rzeka, ściek, czy głębsza kałuża. Zestresował już wszelkie ptactwo w okolicy, a drób na działce na sam widok małego białego ucieka. Widocznie tak demonstruje swoją pozycję w okolicy. Pamiętam jak nie wiadomo było jak do niego mówić. Wpadłam na pomysł wydrukowania listy psich imion ze strony internetowej, i tak właśnie przy haśle MIKI podniósł głowę, i tak zostało. Wydaje się, że przynajmniej bardzo podobnie się wabił. Co prawda to imię dla suczki podobno, ale cóż. Ma jeszcze kilka innych: rybcia, klucha, parówa, knedel, wypłosz, majkel. Miki to bardzo inteligentny pies sam nauczył się reagowania na komendy wydawane Vigo, co bardzo ułatwiło życie. Słucha,
często przekrzywiając główkę. A przede wszystkim odwzajemnia ofiarowana mu miłość. Broni mnie na spacerze przed
Nowofunlandem nawet, choć sam jest niskopiennym kundelkiem ważącym 13 kilo. I jest uczulony na wszystko co rude:
człowiek z rudymi włosami, jamnik, czy seter irlandzki , nie ma szans na przyjaźń. W windzie za to zaczepia wszystkich, zachęcając do zabawy wydając przy tym przedziwne odgłosy od pomruków poprzez śpiew skończywszy na szczekaniu zalotnym. Zauważyłam, że sąsiedzi maja niezły ubaw z nas, gdyż zdarza mi się mówić do Mikiego gdy szczeka np.: „Ani słowa więcej” „człowieku uspokój się” „zamknij dziób idioto” – to wtedy jak widzi coś rudego „głupiś” itp.- najlepsze w tym jest to, że Mały reaguje na te hasła Cóż, mojego psiaka nie da się nie kochać, najchętniej mieszkałby ze wszystkimi, których kocha. Okazuje miłość każdemu od, którego dostał choć trochę ciepła. Najważniejsze, że wywalczyłam, zgodę mężusia na pozostawienie Małego u nas. Sam go zresztą bardzo pokochał, czasem udaje mi się podsłuchać jak ze sobą czule rozmawiają myśląc, że nic nie słyszę. Rok temu musieliśmy pożegnać naszego kochanego owczarka Rockiego, a jeszcze wcześniej mojego spaniela Rubina. Z powodu wielkiej pustki w domu teściowie zdecydowali się na Viga, owczarka niemieckiego. Ja z mężem z różnych powodów wstrzymywaliśmy się z decyzją o psie. Zwłaszcza po tym jak o wziętym przez nas ze schroniska zabiedzonym dobermanie przypomniała sobie właścicielka. Aż do 12 kwietnia. Miki właśnie chrapie na kanapie. Pozdrawiam serdecznie i apeluję: ludzie kochajcie zwierzęta!!! W schroniskach czeka na Was tyle nieszczęśliwych duszyczek!!! Historia dwudziesta ósma (13.12.05) - od Kingi : PIMPI Kilka lat temu, po stracie ukochanej kotki Pusi, postanowiłam postarać
się o kolejnego kota - zawsze w domu były dwa.Mam wspaniałą znajomą Kocią Mamę, która powiedziała mi, że u niej na podwórku jest kotek do wzięcia - krzywda się mu tam nie działa, bo wszystkie koty z tego podwórka są dokarmiane w sklepie mięsnym, tzn same się do niego udają, no ale lepiej wziąć do domu co się da, zwłaszcza, że jakaś paniusia się odgrażała, że całe to towarzystwo wytruje. Poszłam więc na to podwórko, i ku średniej uciesze mojej Mamy, wzięłam białe maleństwo z czarną głowką i ogonkiem. Koteczka była malutka, ale dość odważna. W domu przywitał ją wielki Kubuś, który obnosił się później ze swoją obrazą, że jakieś zapchlone tałatajstwo kradnie mu jedzenie, teraz mu jednak przeszło, bo ma się z kim bawić i jeździć w góry na wakacje, pokazywać, jak się poluje na myszy, itd. Pimpunia okazała się być piekielnie zapchlona i pełna robaków, dzielnie zniosła kąpiel w umywalce, pchły z niej płynęły, a potem jeszcze pęsetką z niej wyciągnęłam 48 sztuk. Kicia po pierwszej kupie pod moim biurkiem (niestety w kłebowisko kabli ;-) została wsadzona do kuwety (ze względu na odrobaczanie trudno było wymierzyć, kiedy ją do tej kuwety wsadzić) - i więcej nie trzeba było jej pokazywać, od razu zapamiętała :-) Wprawdzie miała epizod, gdy nie chciało jej się wychodzić na siusiu w nocy z mojego łóżka, ale trwało to na szczęście krótko. Okazało się, że Pimpi ma wielką przepuklinę, szybko więc przeszła operację, była bardzo grzeczna. Potem została wysterilizowana, mimo tego, że w górach czekał piękny narzeczony, czarny z białymi wąsami i skarpetkami ;-) Okazało się wtedy, że ma niezły charakterek - po operacji została ubrana w ochraniacz ze starej koszulki, żeby sobie nie drapała brzuszka. Udawała, że chodzić w tym nie może, kuśtykała do miski, miauknięciem dawała znać, żeby ją znieść z łóżka i miała bardzo cierpiące spojrzenie. Cały tydzień siedziałam wtedy w domu, ale raz musiałam wyjść. Gdy wróciłam, znalazłam ubranko na podłodze, a kot latał jak szalony po całym domu, skakał po meblach - pełna sprawność. Jak się ją udało złapać i wbić w ubranko, znów zaczęła się zachowywać jak kaleka. (fotografia: Pimpi na wakacjach)Pimpuś jest naprawdę słodkim kotem, ma przyjemny zwyczaj przychodzenia rano na tzw. ciumciaki - wpycha się pod pachę, ugniata łapkami piżamę, a kawałek materiału bierze do buzi i ssie. Nic nie pomaga tłumaczenie, że pazurki są ostre, a pół piżamy zostaje po tej zabawie mokre - Pimpi musi swoje odciumciakować, potem zasypia, mruczy i lekko pochrapuje. Jest wtedy rozkoszna. Poza tym uwielbia kłaść się na dywanie na pleckach i pokazywać brzuszek - naiwni się na to łapią i chcą pogłaskać. Trudno przewidzieć, że tak anielsko wyglądający kotek ma tak strasznie ostre zęby i pazurki ;-) Pimpi ma również ulubione zabawki - szczególnie lubi małego, pluszowego jeżyka (na zdjeciu u góry), który wygląda jak mysz, oraz myszkę z dzwoneczkiem w środku - ona najlepiej się nadaje do zabawy w nocy, zeby było słychać, gdzie jest ;-) Teraz myszka wygląda, jakby przeszła chemioterapię.... Uwielbia łapać kursor na monitorze (musiałam zmienić wygaszacz na nieruchomy, bo kot dostawał szału, że coś się rusza), straszyć gołębie na parapecie (wszystkie szyby są oplute), a przede wszystkim jeść. Stąd jej imię ;-) Moja Mama, choć nie miała ochoty na drugiego kota, przyznaje, że Pimpi jest cudna, i choć może nie ma najpiękniejszego pyszczka na świecie, to jej przytulanki są jedyne w swoim rodzaju. Mówimy też na nią "Pani Doktor" - gdy bolały mnie plecy, przychodziła do łóżka i przykładała łapki do bolącego miejsca - w zasadzie to nie łapki, tylko parzydełka, tak grzała :-) nie wiem, skąd wiedziała, gdzie mnie boli, ale to naprawdę pomagało (podejrzewam, że bardziej, niż wg niektórych kretynów pomaga skórka z kota). Pozdrawiam wszystkich miłośników zwierząt, Kinga Historia dwudziesta siódma (16.10.05) - od Mirki : MAKSIK W kwietniu 2003 (dokładnie 6 kwietnia) poszłam sobie na wystawę kotów rasowych, organizowaną w Domu Kolejarza na ul. Filipa w Krakowie. Tak tylko, chciałam obejrzeć kotki i może wziąć jakiegoś rudego. I zobaczyłam panie ze schroniska i TOZ-u z klatką pełną kociego nieszczęścia. Zapytałam o kotki - kilka z nich już było w ramionach opiekunów podpisujących dokumenty. W kącie, z pyszczkiem przyciśniętym do krat, tyłem do ludzi, siedział burasek. Panie powiedziały, że kilka razy jest na aukcji, ale nikt go nigdy nie chciał. Już dwa lata w schronisku... Odeszłam od klatki - tylko po to, żeby kupić mu jedzenie, żwirek, transporter, kuwetkę, miseczki. Na szczęście miałam przy sobie dowód osobisty, aby podpisać umowę. Potem taksówka i domek. Potem - tydzień strachu - Maksio nie je, nie pije, nie załatwia się, siedzi za meblami i drży cały. Po tygodniu - zjadł rzucone za szafkę mięso. Wyszedł w nocy. Pił i był w kuwetce. W dzień - ucieka, chowa się. Ale warto czekać. Po miesiącu - sam przychodzi na kolana. Ale nadal boi się dzieci, mopa i rękawic (używam do sprzątania). Co go spotkało? Nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Oto nasza historia. Oby można było opowiedzieć takich jak najwięcej - kocich i psich bajek z happy endem. Pozdrawiamy. Mirka i Maksio Historia dwudziesta szósta (25.07.05) - od Danuty : LOLEK Trafiłam na Waszą stronę przez przypadek i odkryłam wiele pięknych przykładów ludzi kochających zwierzaczki. Ja też mam pupilka ze schroniska. W 2004 r odeszła nasza ukochana sunia Karolcia i po jakimś czasie brak machającego ogonka był nie do zniesienia. Wybrałam się więc na aukcję do parku w Podgórzu, po drodze prosząc moją sunię w myślach aby dokonała wyboru. I dokonała. Wśród wielu piesków był jeden szarobury, chudy, rozchochrany i pachnący środkiem na pchły. (obraz nędzy i rozpaczy). Pani, która go trzymała na smyczy powiedziała, że w azylu dano mu na imię LOLEK. I mimo, że piesek nie zwracał na mnie uwagi, rozglądając się za panami i tak wiedziałam, że będzie mój. W domu okazało się, że jest wegetarianinem, nie wie co to mięsko i ryby, bał się głośniejszych dźwięków i nagłych ruchów. Na spacerkach, gdy zobaczył starszego pana o kulach to wyrywał się. Teraz prawie po roku jest wesołym pieskiem uwielbia szarpać się sznurkiem i chodzić na długie spacery. Nie jest hałaśliwy, bo podszczekuje tylko na dźwięk dzwonka do drzwi albo telefonu. Oczywiście pomaga mi we wszystkich domowych pracach, chodzi za mną krok w krok (nawet do łazienki). Ma przyjaciół w parku wielu też z azylu. Ma tylko jedną wadę - uwielbia leżeć na kolanach. Jest największym pieszczochem na świecie. Pozdrowienia dla wszystkich, którzy kochają zwierzaczki. Danuta Historia dwudziesta piąta (7.05.05) - od Aleksandry : GREMLIN, FRODO Chciałabym Wam opowiedzieć swoją schroniskową historię. Niepolskie to będą realia, ale przecież wszystkie zwierzęta pragną miłości, niezależnie od granic, które to przecież ludzie ustalają. Do Stanów wyjechałam we wrześniu 2003. Mąż Amerykanin, fantastyczny człowiek ze wspaniałą rodziną. W Polsce pod opieką Mamy został mój 12 letni dachowiec Dziki. Nie wiem, za kim bardziej tęskniłam- za rodziną czy za kotem? Bo przecież wszystko było tu nowe i obce, a ja jakby nie było- sama. Ale już niedługo;) Pewnego dnia wybraliśmy się na zakupy, traf chciał, że przechodziliśmy obok
sklepu zoologicznego. Spacerując między regałami zobaczyłam klatki, a w
nich koty i psy. To były dni, kiedy w sklepach dla zwierząt schronisko
organizowało adopcje. Nie mieliśmy w planach zaadpotowania kota, jeszcze
nie teraz. Ale coś mnie do tych klatek ciągnęło. W połowie drogi usłyszałam
płacz. Inaczej tego nie mogę nazwać. Lamentował czarny, może trzymiesięczny
kotek o wdzięcznym imieniu Gremlin. Podeszłam. Klatka była na wysokości
mojej głowy. Kiciuś skorzystał z okazji, pacnął mnie po czuprynie. A, że
mam długie włosy- to się biedak zaplątał. I nadal płakał. Ja się też
popłakałam, mój mąż na mnie spojrzał, uśmiechnął się i do domu wróciliśmy z
małym urwisem. Gremlin był spokojnym, wspaniale ułożonym kocięciem, które oglądało z nami telewizje, spało w łóżku i nigdy nie sprawiało żadnych kłopotów. Aż przed Bożym Narodzeniem przestał jeść. Na oczku pojawiła się krwawa plama i już byliśmy u weta. Możliwości były trzy- co jedna-to gorsza. Albo tasiemiec przedostał się do oka(to byłoby do przejścia) albo kot ma HIV lub białaczkę. Zaaplikowane zostały leki i zaczęła się walka. Zawiniętego w ręcznik karmiłam pipetą, zakraplaliśmy mu oko i modliliśmy się, żeby nie stało się najgorsze. 20 grudnia kot słaniając się na łapkach obszedł mieszkanie, po czym wskoczył na nasze łożko i w moich ramionach odszedł na kocią strone tęczy. To była AIDS, na którą nie zrobiono mu testów w schronisku... Sądzę, że ważne jest, aby właściciel wiedział, na co ma się przygotować, ważne jest testowanie krwi na obecność białaczki i HIV. Nie jest łatwiej pożegnać ukochane zwierzę jeśli się ma tą wiedzę, ale może świadomość jego odejścia w każdej chwili powoduje, że kocha się je jeszcze mocniej? Po dwóch dniach koszmaru David wpakował mnie do samochodu i pojechaliśmy do
schroniska oddalonego jakieś 50 kilometrów- rodzice męża mieli stamtąd
kociaka i bardzo chwalili metody pracy tej placówki. W przeciwieństwie do
poprzedniego- tam robiono zwierzętom testy na obecność wirusów. Ale teraz
już wiedzieliśmy na co mamy być wyczuleni.O czarnym kocie nie było mowy- przecież nic nie mogło nam zastąpić naszego koteczka. Froda znalazłam w izolatce. Był niedużą, zakudloną kupką nieszczęścia. Znaleziony w opuszczonym domu, gdzie jego rodzeństwo i matkę zagryzły szczury, uratował się wspinając na parapet. Pracownicy karmili go pipetą z rosołem bez większych nadziei na uratowanie mu życia. Ale w małym ciele wielki duch. Przetrwał pierwsze tygodnie, a potem pojawiliśmy się my. Trzeba go było prawie całego ogolić- był jednym wielkim kołtunem. Teraz, kiedy patrzę na prawie 10cio kilowego, pięknego szarego tygrysa, z wielkimi jak u sowy złotymi oczami, uśmiecham się pamiętając, jak znajomi pukali się w czoło widząc łysego kota z zapadniętymi żebrami. Frodo jest ufnym rozrabiaką, dzięki któremu nasz dom zyskał niepowtarzalny klimat. Często łapię się na tym, że traktuję go jak człowieka. Cóż, czasem też myślę, że jestem kotem ;) Może to było przeznaczenie - dać miłość i godne umieranie jednemu kotu, po to, by uratować drugiego? Czasem wydaje nam się, że Gremlin jest ciągle z nami. Szczególnie wtedy, gdy Frodek, przechodząc przez ulubiony pokój czarnulka- skacze w góre niespodzianie, jak gdyby pacnięty niewidzialną łapą. Co ja mówię- on jest z nami. W naszych sercach i pamięci, i pozostanie tam na zawsze. A mój "polski" kot? Przeżył w szczęściu 13 lat. W czasie moich wakacyjnych
odwiedzin w domu długo rozmawialiśmy. Cieszył się, że ma młodszego kuzyna.
Wracałam do domu na Święta, cieszyłam się na ponowne spotkanie. Tydzień
przed Bożym Narodzeniem Dziki odszedł na cichych łapach. Mama adoptowała
czarnego Hebana. Może to przeznaczenie- dać miłość i godne umieranie jednemu kotu, po to, by uratować drugiego... Pamiętajcie o Braciach Mniejszych- oni jak nikt inny potrzebują Waszej miłości... Aleksandra Historia dwudziesta czwarta (27.04.05) - od Katarzyny : FENA Rok temu przygarnęłam ze schroniska w Krakowie sunie. Ktoś ją
najprawdopodobniej znalazł i przyprowadził. Nie znane było jej imię ani
wiek, który oceniono na 6-7 lat. Była bardzo schorowana: nosówka i
okropna duża narośl na lewej tylnej łapie..Wchodząc do schroniska byłam zdecydowana na niewielkiego psa a zakochałam się w średniej suczce. Była to miłość od pierwszego "liźnięcia" :) Siedziała sobie psina przy siatce i patrzyła na mnie swoimi pięknymi oczami... Nie szczekała.... Tylko patrzyła... Jak przyłożyłam rękę do siatki polizała mnie i... już nie było wyjścia, musiałam ją zabrać ze sobą. Dzisiaj Fena (tak dostała na imie) jest prawie zdrowym psem. Nadal ma problemy z lewą łapą chociaż narośli już dawno nie ma. Uwielbia aportować i jest nie do zamęczenia w pogoni z ulubioną piłką.
Ze względu na łapę czasami sama muszę się pilnować żeby Feny nie
przemęczać chociaż sprawia to jej tyle radości.Uwielbia jeździć autem i wy tym celu został dla niej luksusowo przystosowany bagażnik auta. Jeździmy razem do pracy, gdzie może do woli ganiać po zamkniętym dziedzińcu lub spać koło mojego biurka. Zaprzyjaźniła się z rottweilerem moich rodziców ale zazdrośnie pilnuje czy czasami Junior nie jest bardziej głaskany od niej :) Jest straszną panikarą i histeryczką. Wystarczy, ze lekarz się do niej zbliża, jeszcze jej nie dotknie a ona juz skomle i piszczy. Ostatnio do weterynarza jeździmy regularnie gdyż pojawiły się problemy z nerkami. Ale jest już coraz lepiej. Czuję się jakbym miała ją od zawsze tylko nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądała jako szczeniak... Historia dwudziesta trzecia (31.01.05) - od żony Sławka : HERA Herę, bo tak nazwaliśmy naszą suczkę owczarka niemieckiego,
wzięliśmy trzy tygodnie temu z Grudziądzkiego schroniska.Pojechaliśmy do schroniska po śmierci naszej dwunastoletniej suczki Luki, ktora byla mieszańcem pinczera. Chciałam zabrać ze schroniska jakiegoś niewielkiego kundelka, z powodu niewielkiego metrażu naszego mieszkania, jednak Hera podbiła nasze serca, ona jako jedyna nie szczekała i nie skakała na ogrodzenie boksu. Usiadła tylko i podawała nam łapę, patrząc na nas smutnymi oczyma. Moja szesnastoletnia corka zaczęła płakać mąż stwierdził, że to ona nas sobie wybrała. Gdy pracownik schroniska zabierał ją z boksu,
była strasznie wystraszona a gdy zapiął jej obrożę i wyprowadzał z boksu
nasza Hera zamiast iść
czołgała się do naszego samochodu,
jednak gdy weszła do auta, zaczęła się rozglądać po okolicy.Początki zawsze są trudne, nasza suczka byla przerażona, poznawała świat od nowa, bała się nawet suchego liścia na trawniku Dziś biega już radośnie po parku bawiąc się. Boi się jeszcze zgiełku na osiedlu i obcych ludzi, chcących ją pogłaskać. Ale minęły dopiero trzy tygodnie i wierzymy, że nasza Hera, uwierzy w siebie i ponownie zaufa ludziom, chociaż to napewno trudne, bo tak naprawdę nie wiemy co ją spotkało w jej życiu. My zrobimy wszystko, aby wynagrodzić jej krzywdy jakie wyrządzili jej ludzie. Historia dwudziesta druga (24.01.05) - od Ewy : SONIA Nareszcie urlop, wyczekany. Dzwoni telefon. Jednak wezwanie na kontrolę. Urlop muszę przełożyć przynajmniej o 1 dzień. Trudno. Jadę do Dąbrowy Górniczej. Jadę autostradą. Na wysokości Trzebini na pasie zieleni oddzielającym kierunki jazdy migają mi dwa uszka. Główka psa podniosła się i ukryła w trawie. Jadę na kontrole ale ta główka nie daje mi spokoju. Siedzę jak na szpilkach, żeby szybciej skończyć. Wreszcie, mogę wracać. Minęło kilka godzin. Czy ją jeszcze zobaczę? Mniej więcej w tym samym miejscu zawracam i jadę wolniej, mijam to miejsce i nic. Robię zawrotkę, i jadę jeszcze raz i nic, i znowu zawrotka i nic, zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że nie zatrzymałam się od razu. Jeszcze raz. Trąbią na mnie przeraźliwie bo to przecież lewy pas ruchu, a ja jadę w żółwim tempie. Jest. Podniosła się. Szybko zjeżdżam na prawą stronę, zostawiam samochód i przelatuję na drugą stronę. Podchodzę powoli, boję się, może się rzuci na mnie? Dzwonię do Tomka żeby natychmiast tu przyjechał z kiełbasą. W trawie leży pies zwinięty w kłębek, jego oczy uśmiechają się do mnie i mówią :'no jesteś nareszcie'. Merda ogonkiem, jakby chciał podbiec ... ale nie może. Podchodzę, głaszczę główkę, widzę, że nóżki przednia i tylnia spuchnięte są bardzo i tak jakby wisiały sobie. Przyjechała kiełbasa...i zniknęła w zawrotnym tempie. Biorę psa do samochodu. To suczka. Nie protestuje. Kładę na tylnim siedzeniu, wsiadam do przodu i jadę 160 do weterynarza. Widzę w lusterku jak wstaje na tych zdrowych nóżkach i próbuje patrzeć przez okno z zaciekawieniem: 'gdzie ja jadę?'. Przyjeżdżam do weterynarza a on mówi: dwie nogi złamane, trzeba uśpić! Co? Uśpić? Te pełne życia oczy? Wpadam w histerię, znamy się tak długo, jak mógł. Widzi mój stan i zaczyna się tłumaczyć, że on nie ma narzędzi...Dzwoni do kliniki na Centralną, tam ją przyjmą!!! Jadę. Jesteśmy. Doktor Regulicki (nie zapomnę go do końca życia!) robi prześwietlenie i dokładnie opisuje jak trzeba zoperować. Pyta czy się zgadzam bo to kosztuje. No pewnie. Operujemy. Kilka godzin wycia (ja), bo przecież ona znowu cierpi, bo ma operację. Dzwonie do mamy, stawiam ją przed faktem dokonanym, przywożę psa po operacji. W domu jest już suczka Bella (też znajdka) i nie przyjmuje nowej lokatorki przyjaźnie. Nie szkodzi, najwyżej znajdziemy jej dom. Ale w duchu wiem, że zostanie ze mną na zawsze. Wybudza się po operacji i merda ogonem gdy słyszy mój głos. Czy może być coś piękniejszego? Mówimy do niej Sunia. Szukamy jej domu, chociaż w duchu wiem, że jej nie oddam, jakbym mogła, przecież to przeznaczenie. Tak więc zawsze ten 'nowy właściciel' jest nie do końca odpowiedni. Leczenie trwa pół roku. Sunia chodzi w sztabkach i ma liczne rany na ciele, albo ktoś wyrzucił ją z pędzącego samochodu, albo przelatywała i samochód ją uderzył. Ma bardzo krótkie pazurki, długo biegła... Jest bardzo chuda. Boi się mężczyzn. Ale szybko dochodzi do siebie. Dwie panie w końcu się akceptują. śpią razem ze mną w moim najmniejszym pokoju. Trochę mało miejsca ale cóż... Półtora roku później przeprowadzam się z Tomkiem i Sunią do naszego nowego domu, potem przychodzi na świat nasz synek, cieszę się, że od urodzenia będzie miał kontakt z psem. Mieszkamy tu już prawie 4 lata, wszyscy Sonię( zmieniliśmy jedną literkę) tu znają i uwielbiają. Zawsze tak ładnie śpiewa na powitanie każdego pieska. Broni synka i jest taka grzeczna. Pytają gdzie ją tresowaliśmy? Co? Uśmiechamy się. Moja Sonusia sarenkowa. Moje uszka. Moje przeznaczenie. Historia dwudziesta pierwsza (05.01.05) - od Elizki : FOKS Znalazłam tę stronę przez przypadek, jest bardzo ciekawa, czytając historię pani Elżbiety i jej pięknego charta bardzo się wzruszyłam ... Jeśli można-ja także chciałabym powiedzieć kilka słów o tym jak trafił do mnie mój pies ... Ma na imię Fox i teraz jest w wieku około 4 lat. Zawsze chciałam mieć psa, jednak rodzice nigdy nie chcieli się zgodzić tłumacząc mi, że jest to duża odpowiedzialność. Ale gdy już dorosłam i poukładałam sobie w głowie postanowiłam przygarnąć pieska. Było mi obojętne jakiego-tylko nie szczeniaczka ... raczej psa nauczonego czystości. Udałam się więc do schroniska w Krakowie oglądnąć pieski.Kiedy zobaczyłam je - nie mogłam powstrzymać łez. Była tam jedna psina która zrobiła na mnie ogromne wrażenie: mieszaniec podobny do wilczura ... spoglądał na nas tak żałośnie, był wystraszony, ale zainteresowany obserwatorami ... tak mi się tych psów żal zrobiło. Ale nie miałam odwagi żadnego wziąć ... po prostu nie miałam ... To byłoby dla mnie zbyt wiele jak na pierwszy raz, nie miałam żadnego doświadczenia i bałam się.. Wychodząc ze schroniska (byłam bardzo smutna) zaczepiła mnie pani tam pracująca i pokazała mi ogłoszenie :"oddam foksteriera w dobre ręce, 3 lata" , w pierwszej chwili pomyślałam "nie!" ale numer wzięłam ... W domu się rozmyśliłam, bałam się!!! Bałam się że nie będę potrafiła się nim opiekować - ta kwestia była dla mnie taka nowa!! Ale w końcu postanowiłam przynajmniej zadzwonić. I tak zrobiłam. Przedstawiłam się, powiedziałam czemu dzwonię. Dziewczyna która odebrała telefon zamarła, szybko oddała telefon swojej mamie. Opowiedziano mi historię Foksa (tak się wabi), najpierw wychowywany przez staruszkę, oddany następnie rodzinę z dwójką dzieci. Jedno z dzieci, jak się okazało ma poważną alergię (oprócz tego inną poważną i nieuleczalną chorobę) a psa ... trzeba oddać. Obie się popłakałyśmy, pokochali psa, oni i dzieci, wszyscy zaczęli płakać, z słuchawki dobiegał płacz córki, matki ... tak to teraz pamiętam ... mieli jeszcze do mnie zadzwonić.. I zadzwonili - na następny dzień rano. A po południu już się spotkaliśmy. Czekałam 5 minut i zobaczyłam nadjeżdżający samochód a w nim - pieska. Marzyłam żeby to był on!! I był! Był piękny gdy go zobaczyłam pierwszy raz ... od razu się zakochałam. Wymieniłam parę słów z poprzednimi właścicielami, dali mi wszystkie potrzebne rzeczy, smycze, miski, przegnali się z psem ... i od tej pory (minął rok w sierpniu) Fox jest z nami :-)Jak się dowiedziałam Fox miał trafić do schroniska, zaprowadzono go tam - jednak gdy pracownicy go zobaczyli - doradzili właścicielom by się wstrzymali, by znaleźli rodzinę dla tego psiaka ponieważ był bardzo bardzo zadbany ... dobrze że tak zrobili, dobrze że poczekali i że pies tam nie trafił. Co nie znaczy że nie przeżył szoku. Przez pierwszy miesiąc czuł się u nas obco, był ciągle gotowy żeby uciec - nie dziwie się mu - oderwany od poprzednich właścicieli musiał się czuć bardzo samotny, smutny ... Teraz jest wszystko bardzo dobrze a Fox stał się moim najlepszym przyjacielem ... . P.S. mam nadzieję że nie zanudziłam nikogo tym listem, oto adres mojej strony - strony o Foksie : www.elizka83.republika.pl Historia dwudziesta (19.10.04) - od Asi i Tomka : LAIMA ![]() Pojawienie się Laimy w naszym domu było zupełnie nieplanowane. Przypadkowo otwarta gazeta, zdjęcie i krótka notatka o niechcianym psiaku i już następnego dnia była nasza. Od początku bardzo przyjacielsko nastawiona i ufna nie sprawiała żadnych kłopotów. Aż dziwnym się wydaje, że po 5-letnim pobycie w schronisku tak szybko przyzwyczaiła się do mieszkania w bloku oraz załatwiania się tylko na dworze. Jedynym objawem tego, iż początkowo nie do końca czuła się pewnie w nowej sytuacji było to, że w ogóle nie szczekała. Z kolei na dość często przejeżdżające w okolicy karetki lub zostawanie jej samej w domu reagowała iście wilczym wyciem .... Jednak te dość osobliwe objawy tęsknoty minęły wtedy, gdy pozwoliliśmy poczuć się Laimie z nami bezpiecznie.Nabrała do nas pełnego zaufania (nawet podczas kąpieli lub czyszczenia uszu jest posłuszna, jakby wiedziała, że to dla jej dobra), uwielbia spacery, co okazuje radosnym szczekaniem (!) przy wychodzeniu z domu. Mimo iż jest pieskiem w dojrzałym wieku ma wiele energii, a swoimi szczenięcymi "minkami" i pozami potrafi rozbawić do łez. Laima jest z nami dopiero od dwóch miesięcy, a nam niemożliwym wydaje się to, że jeszcze tak niedawno jej u nas nie było. Pozdrawiamy serdecznie wszystkich miłośników zwierząt - Asia, Łukasz i Laima.
Nasz komentarz Historia osiemnasta (06.06.04) - od Elżbiety : CONNY Agata Historia siedemnasta (04.07.04) - od Małgrzaty : SONIA Mieszkam w dużej wsi, z ładnym ryneczkiem i przystankiem PKS. Pewnego dnia, jakoś tak w listopadzie zobaczyłam ładną, ale wychudzoną sukę. Siedziała koło sklepu i patrzyła na ludzi. Nikt na nią nie zwracał uwagi, przecież wiele jest bezdomnych psów na wsi. Urzekły mnie jej śliczne oczy i wydłużony jak u charta pysk. Biłam się z myślami, jak pomóc psu, przecież mam 3 suki, kota i to całe towarzystwo jest z ulicy. Pomyślałam, że jeżeli "nie widzę problemu, to on zniknie" i przez pewien czas nie rozglądałam się po ulicach, by jej broń Boże nie zobaczyć. Pies rzeczywiście zniknął na tydzień, ktoś go wziął. Aż któregoś dnia, patrzę , siedzi sunia i żebrze wzrokiem u przechodzących ludzi. Brudna, głodna, z wyraźnie zaokrąglonym brzuszkiem..... Od spania na chodniku, na lodzie, porobiły się jej już ranki na pośladkach, a co będzie jeżeli się oszczeni na przystanku, ktoś zabije dzieci lub zamarzną? Wzięłam smycz, obrożę i razem z moją 7-letnią córką przywlekłyśmy Sonię do domu. Opierała się 4 łapami.Zamieszkała w budzie za domem, mając do dyspozycji olbrzymi ogród. Moje suki nie zaczepiały jej, ale i nie lubiły. Urodziły się szczeniaki, odchowaliśmy je i oddaliśmy w dobre ręce. Sońki nikt nie chciał, chociaż szukałam jej nowego domu. Przecież do mnie wciąż trafiają zwierzęta w potrzebie... Jest czerwiec, Sonia jest u nas i nie oddam jej już ngdy. Sliczna, dropiata, odkarmiona, wdzięczna i baaaaardzo kochana. No cóż, jak się jeszcze coś przybłąka, wtedy będę się martwic.... Historia szesnasta (28.04.04) - od Małgosi Nowak lat 20 : GRABIK
Zdjęcie Turka ze schroniska (06.04.2003)
4 miesiące temu odszedł nasz wspaniały,ukochany pies. Miał 12 lat. Był duży. A
jeszcze większy był problem co z nim zrobić. Z pomocą przyszedł wypróbowany
w wielu bojach lekarz weterynarii. Znalazł dla Gaspara spokojne miejsce w
którym można było go bezpiecznie pochować. Sytuacja powtórzyła się 6 tygodni
temu gdy odeszła 11 letnia kotka. Rutka zamieszkała z Gasparem na chmurce w
podniebnym Zwierzątkowie. Przez całe wspólne życie bardzo się kochali.Byli
razem "od urodzenia".
![]() Historia ósma (10.10.03) - od Wektora : WEKTOR
![]() ![]() Foxa i Dżeki luty 2004 (poznajecie kanapę na której kiedyś niepodzielnie królował Dżeki?) Historia szósta (29.09.03) - od Ani : IGA, SARA i DORA
Posyłam zdjęcia mojego pieska, ma na imię teraz KOLA, ze względu na piękne brązowe oczka jakie ma i tego jej smutnego wzroku, aż z nóg zwala jak się miłosiernie patrzy na domowników, pewnie biedulkę musiało ciś przykrego spotkać w jej psim życiu.
Serdecznie wszystkich pozdrawiam.
|